Wileńska palma wielkanocna

Palma wileńska jest jednym z najpiękniejszych symboli Wilna i Wileńszczyzny. Nawiązuje do palm, którymi według Biblii, witano wjeżdżającego do Jerozolimy Chrystusa. Najprawdziwsze wileńskie palmy, znane daleko poza granicami Litwy, to są tzw. „wałeczki”, najbardziej cenione przez Ferdynanda Ruszczyca, który je opisywał i malował. Plecione z suchotników naturalnych i farbowanych. Niestety, są coraz rzadziej spotykane, gdyż wymagają dużo zielska, jeszcze więcej cierpliwości i pracy, a nie każdy docenia ich piękno. Obecnie na Litwie wije się (właśnie się wije, a nie wyplata, jak to niektórzy błędnie określają) też palmy o innych kształtach, a są to: „brzuszki”, „rumianki”, „ptasie piórka”, „astry” i „grzybki”. Niektóre z nich przypominają bukiety z zielska, ale to już, niestety, nie są tradycyjne wileńskie palmy.

Za czasów radzieckich tradycja wicia palm na Wileńszczyźnie prawie zamarła. Zbyt jednoznacznie kojarzyły się one z religią, więc nieliczne kontynujące tę tradycję mistrzynie (palmiarki to głównie kobiety), czyniły to w tajemnicy przed władzami. W owym czasie palma właściwie nie wykraczała poza kościoły i domy szanujących tradycję zamieszkałych na Litwie Polaków. Niestety, sztuka ich wicia stopniowo obumierała wraz ze starszym, dobrze pamiętającym przedwojenne czasy pokoleniem. Na szczęście, dzięki kilku upartym podwileńskim mistrzyniom udało się ją reaktywować. Prawdziwym zagłębiem palmowym zawsze była i pozostaje podwileńska wieś Krawczuny, gdzie prawie w każdym domu panie od pokoleń parają się wiciem palm. Dziś palmy powstają też w okolicznych Sałatach, Nowosiołkach, Wilkieliszkach, Ciechanowiszkach i innych wsiach.

Ten, kto widział kiedykolwiek prawdziwą palmę wileńską zgodzi się, że jest to prawdziwe małe dzieło sztuki. Doskonałe od podstawy aż do zakończenia, nazwijmy je pióropuszem, które robi się z mietlicy. Może być biała, albo naturalna szarawo-brązowa. Ale ładnie też wygląda farbowana na zielono, żółto, w różne odcienie fioletu albo łączona ze wszystkich tych kolorów, co kto lubi.

Mietliczki muszą być akuratnie w miarę rozpęknięte, ale nie za wiele, bo wtedy sypią się, a i palma wygląda do niczego, jakby z jakim puszystym chwostem. Kiedyś po mietliczki na jezioro Wileńskie i pobliskie łąki dzieci chodziły, dziś je kołem (kijem) nie zapędzisz – opowiadają palmiarki z Krawczun.To jedna z nich wymyśliła niemal dwumetrowe palmy-giganty (niejedną taką otrzymał w prezencie Ojciec Święty Jan Paweł II). Są to prawdziwe dywany z suszonego zielska. A tego zielska, żeby stworzyć prawdziwą palmę, trzeba nazbierać i ususzyć bardzo dużo. I różnorodnego. Muszą być suchotniki, krwawnik, tymotka. Po te drobne kwiatki, jak powiadają palmiarki, najlepiej wybierać się przed świętym Janem i o świcie, wtedy są najdorodniejsze.

Palma wileńka, choć na szczęście przetrwała nieprzychylny, a czasem wręcz wrogi dla niej okres sowiecki, przechodzi różne metamorfozy. Nie zawsze dla niej korzystne. Zmienia się moda nie tylko jej na kształty, ale też na kolory. Od dawnych tradycyjnych, co to aż „oczy rwały”, poprzez szare i aż po czarne. Na przykład wieś Szmygle słynie z tzw. „palm litewskich”, czyli wyplatanych z niemalowanych kłosów. Jednak żadna inna palma nie jest w stanie konkurować z tradycyjnym „wałeczkiem”. Prawdziwi koneserzy tej sztuki uznają tylko takie.

Podwileńskie palmy są rozproszone po całym świecie. Można je spotkać w całej Europie, w Stanach Zjednoczonych, w Australii, w Brazylii, w Peru.