Wilniuki jako pojęcie historyczne

Wilnianin i Wilniuk to są zupełnie odmienne określenia. Pierwsze świadczy wyłącznie o przynależności do miasta, o miejscu zameldowania, zamieszkania, pracy. Drugie – to pojęcie historyczne. Wilniuk – to dziecię Obojga Narodów. To wytwór państwa federacyjnego, złożonego z Korony Państwa Polskiego i Wielkiego Księstwa Litewskiego. To ktoś, czyi przodkowie dzielnie przetrwali kolejne rozbiory państwa. Walczyli o nie w listopadowym i styczniowym powstaniach. Nie pozwolili się spacyfikować w trakcie I wojny światowej, przetrwali dramatyczne lata II wojny i stworzyli na Wileńszczyźnie poważny ruch oporu (AK). Nigdy nie poddali się rusyfikacji, germanizacji czy sowietyzacji i nawet rozrzuceni po najdalszych zakątkach świata pozostali Wilniukami.

Prawdziwy Wilniuk wcale nie musi pochodzić z Wilna, ani tam aktualnie mieszkać. Wystarczy, że się wywodzi z okolic – z Wileńszczyzny (do dzisiaj rdzeń tego obszaru wyznacza trójkąt między Wilnem, Solecznikami i Trokami). Za to jego zapuszczone w tę ziemię korzenie sięgają już nawet nie kilku, lecz kilkunastu pokoleń. Wilniuk to los. Wilniuk to m.in. ktoś, kto przed laty został ze swojej ziemi wygnany. Ktoś, kto przeżył ponury okres stalinowski. To ktoś, kogo kolejne fale wywózek i repatriacji zmiotły z Ziemi Wileńskiej i rozproszyły po świecie, ale też ktoś, kto tu pozostał i oparł się powojennej próbie sowietyzacji tych terenów, kto sprawił, że starania ówczesnych władz o wyparcie ze świadomości Wilniuków, że należą do tej a nie innej wspólnoty narodowej, religii, historii i kultury, spełzły na niczym.

Wilniuk – to zespół niepowtarzalnych cech, które ukształtowały się w nim w procesie warzenia się w wielonarodowościowym tyglu, jakim przez wieki była Wileńszczyzna. Tu zgodnie żyli obok siebie i przenikali się nawzajem m.in. Polacy, Żydzi, Litwini, Karaimi, Białorusini, Rosjanie oraz kilka innych narodowości. Dlatego też miano Wilniuk jest również określeniem charakteru. Wilniuk ma w sobie trochę białoruskiej pokory, nieco żydowskiej przezorności i skłonności do filozofowania, sporo litewskiej powściągliwości, która jednak niekiedy ustępuje rosyjskiej zadziorności. Ten wielobarwny osobowościowy pachtwork jest gęsto przeszyty polską dumą i sarmacką fantazją.

„Dziś prawdziwych Wilniuków już nie ma…” – słyszymy niekiedy z ust osób, które choć w swej duszy nigdy Wileńszczyzny nie opuścili, zostali z niej kiedyś wygnani. Nie jest tak źle. Co prawda zębate koło historii przetoczyło się po naszej społeczności okrutnie, ale nas nie zmiażdżyło i z tej ziemi nie zmiotło. To prawda, że już nigdy nic nie będzie takie jak przed laty. Złożyła się na to prawie całkowita zagłada Żydów i kolejne fale repatriacji (właściwie depatriacji) Polaków z Wilna i Wileńszczyzny. Decyzje o opuszczeniu stron rodzinnych i udaniu się w nieznane zostały na wielu wymuszone, gdyż alternatywą dla tułaczki były stalinowskie obozy. W latach 1945-1956 na Litwie trwała faktycznie wojna pomiędzy komunistami a niepodległościowym podziemiem. Jej ofiarami padło od kilkudziesięciu do kilkuset tysięcy osób – zamęczonych w więzieniach lub wywiezionych na Syberię. Przesiedlenie na tereny powojennej Polski oznaczało w tej sytuacji życie, przetrwanie.

Tylko podczas pierwszej repatriacji (1944-1946) – zgodnie z oficjalnymi danymi – z Litwy wyjechało ponad 170 tys. Wilniuków (około połowę z nich stanowili mieszkańcy stolicy). Ta pierwsza repatriacja była najgorsza, bowiem do wyjazdu zmuszono prawie całą inteligencję.

Ci, którzy zostali, m.in. mieszkańcy wsi, stali się zakładnikami okrutnej polityki stalinowskiej. Szczególnie w latach 1948-1952, gdy przystąpiono do masowej kolektywizacji rolnictwa. W jej okresie z Wileńszczyzny wywożono na Syberię całe polskie wsie. Sowiecki terror zełżał nieco dopiero w 1953, po śmierci Stalina. Wówczas to wielu deportowanym pozwolono na powrót do dawnych miejsc zamieszkania. Alternatywą była druga repatriacja (1955-1959) na tereny PRL. Ilu Wilniuków opuściło Wileńszczyznę w ramach tej drugiej fali przesiedleńczej, dokładnie nie wiadomo.

Wiadomo natomiast, że w efekcie wspomnianych wydarzeń na Wileńszczyźnie zostało około 180 tys. Polaków. Była to społeczność znacznie przetrzebiona, z trudem zalizująca świeżo zadane – najpierw przez hitlerowców, potem przez sowietów – rany, pozbawiona warstwy inteligenckiej, ale niepokonana i niepokorna.