Potomkowie Jagiełły i Radziwiłłówny

Jacy są Litwini?

Wiedza każdego narodu na temat bliższych i dalszych sąsiadów z reguły ogranicza się do stereotypów. I tak każdy Polak wie, że Anglicy są flegmatyczni, Francuzi romantyczni, Niemcy pedantyczni, Włosi ogniści, Szwedzi zaś powściągliwi. Te sztampy, według których oceniamy inne narodowości, w praktyce nie zawsze pokrywają się z rzeczywistością. Wszak zdarza nam się spotkać ognistego Anglika i chłodnego Francuza, tym niemniej nawet stereotyp jest swego rodzaju wiedzą. Są natomiast sąsiedzi, na temat których Polacy nie mają ukształtowanych nawet stereotypów. Na przykład, co przeciętny Polak wie o Litwinach? Owszem, wie, że mieliśmy unię i wspólne państwo, i historię, że byli Jagiełło, Barbara Radziwiłłówna i Adam Mickiewicz, który pisał: „Litwo, Ojczyzno moja...” Natomiast o współczesnych Litwinach, niektórzy Polacy wiedzą tyle, „że to tacy sami ruscy, tylko mówiący innym językiem”. Trudno o mniej trafne porównanie. Chociaż Litwa prawie przez 50 lat należała do ZSRR, Litwini nie dali się zrusyfikować. Zachowali swoje odrębne cechy, język, kulturę i temperament. I chociaż na Litwie ponad 20 proc. mieszkańców stanowią przedstawiciele innych narodowości (przede wszystkim Polacy, Rosjanie i Białorusini), wprawne oko miejscowego mieszkańca raczej bezbłędnie odróżni w tłumie Litwina od, powiedzmy, Polaka czy Rosjanina.

Niemiecki pedantyzm, skandynawski chłód                             

O Litwinach można powiedzieć, że łączą w sobie nieco brytyjskiej flegmy, niemieckiego pedantyzmu i skandynawskiego chłodu. W pierwszym zetknięciu z obcą osobą nie są wylewni, cechuje ich duża powściągliwość i nawet nieufoność, jednak ktoś, kto raz zdobył ich sympatię i przyjaźń, może już zawsze na nią liczyć. Cechuje ich także gościnność. Jeżeli już ktoś został zaproszony do litewskiego domu, nie wyjdzie z niego głodny czy spragniony. Dwie kolejne typowe cechy tego narodu to pracowitość i gospodarność. Z tego między innymi względu, nawet za czasów Związku Radzieckiego władze traktowały Republikę Litewską jak wizytówkę mocarstwa, którą chętnie pokazywano obcokrajowcom. Miasta tu były na możliwość owych czasów odrestaurowane, sklepy dobrze zaopatrzone, drogi dobre, wsie zadbane i dostatnie.

Określanie jakiegoś narodu według cech zewnętrznych jest nieco niebezpieczne, gdyż może być zakwalifikowane jako rasizm. Nie sposób jednak negować, że przedstawiciele każdej narodowości mają jakieś cechy szczególne, które róznią ich do sąsiadów. Litwini są na przykład narodem rosłym i dość mocno zbudowanym. Mężczyźni są bardzo przystojni. Kobiety z reguły wysokie, zgrabne, o jasnych włosach i oczach. Zjeżdżający do Wilna na różnego rodzaju pokazy i festiwale zagraniczni projektanci mody podziwiają litewskie kobiety za szyk i elegancję. Jest to elegancja bardzo stonowana i powściągliwa. Szanująca się Litwinka nigdy nie pozwoli sobie na zbyt jaskrawy makijaż, odważny dekolt czy supermini. Potomkinie Barbary Radziwiłłówny nie przepadają też za wyzywającymi kolorami. Wolą półtony, kolory przygaszone, harmonizujące z naturą. Elegancka Litwinka, oczywiście wyłączając nastolatki, które na całym świecie się unifikują i noszą się jednakowo, raczej nie założy wściekle żółtej czy różowej kiecki, ani amarantowych spodni. Litewskie kobiety preferują raczej spokojne beże, oliwkę, popielaty, wszelkie odcienie brązów i zieleni. Wstręt do krzykliwych kolorów cechuje zresztą także mężczyzn. Kupujący samochów Litwin auto o barwie wielkanocnego jaja raczej ominie z daleka.  

 

Język – to rzecz święta

Litwini niezwykłą pieczołowitością otaczają swój język. Zresztą trudno się temu dziwić. Bałtycką grupę języków, do której należy, tworzą poza nim tylko łotewski i wymarły już pruski. W obawie przed losem tego ostatniego, szczególnie wobec prób zdominowania go kiedyś przez rosyjski, a teraz przez angielski, Litwini jak ognia unikają stosowania terminów międzynarodowych. Specjalna komisja językowa pracuje nad eliminowaniem z języka zwrotów obcych, tworzy w też nowe rodzime terminy, które usiłuje konsekwentnie wprowadzać do użytku powszechnego. Na przykład za zachwaszczanie języka w mediach, stosuje się tu dość wysokie mandaty. Dlatego obcokrajowcy z reguły na próżno szukają w litewskim znajomych zwrotów w stylu hotel (po litewsku „vieszbutis”, czyli publiczne mieszkanie). Dla takiego wynalazku jak nie będący już dziś w użytku pager Litwini mieli określenie „praneszimu gaviklis”, co w dosłownym tłumaczeniu brzmiałoby jak „otrzymywacz wiadomości”. Body to po litewsku „glaustine” (opinacz), rajstopy z kojarzących się z rosyjskim „kolgotkes” przemianowano na „pedkelnes” (stopospodnie), jednorazowe pieluszki, zwane powszechnie pampersami, po litewsku zwą się „sauskelnes” (suchmajtki). Nawet dania wszechobecnego Mc Donald'sa nie uniknęły lituanizacji. Na Litwie nie kupisz cheesburgera – tylko „surainis” (serownik), hamburgera – tylko „mesainis” (mięsownik), ani hot doga – tylko „deszrainis” (kiełbaśnik). Niektóre z nowo powstałych litewskich zwrotów, wychowana już na amerykańskich serialach, pepsi coli, popcornach i Mc Donald'sie młodzież z trudem akceptuje. Tym niemniej większość z nich przyjmuje się bez trudu. W ogóle u Litwinów każdy naród mógłby się uczyć nie tylko szacunku do ojczystego języka, lecz też do własnej kultury i do folkloru.

 

Są melancholijni i refleksyjni         

Litwini, jak każdy inny naród, lubią się bawić. Mają piękne głosy i z reguły nawet litewska młodzież dobrze zna piosenki ludowe. Przy okazji studenckich prywatek (po kilku piwach) niekiedy tworzą się spontaniczne chórki, które z powodzeniem mogłyby wystąpić na jakimś przeglądzie, a osoba niewtajemniczona sądziłaby, że jest to co najmniej jakiś chór ludowy, który przedtem długo ćwiczył i dobierał repertuar. Jednak w radości potomkowie Jagiełły są nieco melancholijni. Ich piosenki ludowe są z reguły tęskne i refleksyjne, sposób świętowania zaś pełen powagi i skupienia. Dotyczy to szczególnie świąt państwowych, którym jeżeli już towarzyszy śpiew, to są to raczej smętne dumki niż skoczne poleczki, zamiast fajerwerków, zaś preferowane są łańcuchy z płąnących świec. Jednak młodsze pokolenie, szczególnie jak zawsze kosmopolityczni dziennikarze, przeciwko temu smętnemu świętowaniu zaczyna się powoli buntować. Młodzi wolą już amerykańskie Walentynki. Wywołuje to zresztą oburzenie sędziwych stronników tradycyjnych świąt narodowych. Starsi na przykład narzekają, iż młodzież przedkłada święto zakochanych nad Dzień Odrodzenia Państwa Litewskiego, który przypada 16 lutego, czyli dwa dni po Walentynkach. Młodzi na to ripostują, że Dzień Św. Walentyna jest świętem miłym i wesołym, natomiast wszystkie litewskie święta narodowe są celebrowane z taką gipsową powagą, że ocierają się o żałobę. Jest w tym sporo racji. I w tym Litwini są podobni do Polaków, którzy z kolei lubują się we wspominaniu martyrologii własnego narodu.

 

Co nas różni?

Nawiązując zaś do cech, jakie dzielą Litwinów i Polaków, na pierwszym miejscu wypada wymienić różnice temperametu. Litwini nie wyróżniają się spontanicznością, wylewnością, ani hałaśliwością. Gdy przyjeżdżamy np. do Warszawy, pierwszą rzeczą, która rzuca nam się na uszy, jest hałas, który panuje na dworcu, na ulicach i w lokalach. Polska to oczywiście nie Włochy, ale jeżeli ktoś chce się przekonać, jak wygląda prawdziwa powściągliwość, powinien się wybrać na Litwę. Tu nie bardzo uchodzi wołać za kimś na ulicy głośno po imieniu, rzadko jesteśmy też świadkami spontanicznych publicznych powitań, bardzo głośnych rozmów czy śmiechu w miejscach publicznych. Jest też między nami różnica, która przemawia na niekorzyść Litwinów. Cechuje ich zbyt duża powaga, a ściślej mówiąc pewien brak poczucia humoru. Nie znaczy to, że nie rozumieją żartów. Raczej sami nie umieją dowcipkować, nie udają im się kawały, telewizyjne i radiowe programy satyryczne są z reguły przyciężkie, niezbyt śmieszne i nieco sztuczne. Nie są też Litwini zalotni. Flirtujący, prawiący komplementy, czy, o zgrozo!, podszczypujący nowo poznaną kobietę mężczyzna, jest tu zjawiskiem raczej rzadkim, wzbudzającym niesmak i zgorszenie. Podobnie jak wdzięcząca się czy nadmiernie zalotna dziewczyna. Przybysze z Polski, który z racji biznesu spędzają na Litwie więcej czasu niż zwykli turyści, nieraz pytają: „Wytłumaczcie proszę, skąd, przy tej oziębłości, biorą się u was małżeństwa i dzieci...?” No... dzieci są tu, jak zresztą wszędzie, owocami związków damsko-męskich. Małżeństwa również nie są kojarzone przez swatów czy rodziców. Młodzi bez trudu się odnajdują – na uczelniach, w pracy i nawet w dyskotekach. Ale faktem jest, że flirtować z takim zapałem jak robią to Polacy, którzy częstokroć traktują to jako sztukę dla sztuki, Litwini nie potrafią.

 

W litewskim razowcu kochają się wszyscy

Odwiedzający nadniemeński kraj obcokrajowcy zawsze narzekali, że w litewskiej kuchni brak im owoców i warzyw, że jest ona przyciężka, zbyt tłusta. To się powoli zmienia. Obecnie w litewskich sklepach nie brakuje warzyw nawet najbardziej egzotycznych, coraz modniejsze staje się też lekkie pieczywo, które przywędrowało tu z Zachodu, jednak podstawy miejscowej diety nadal nie stanowią owoce mango czy kiwi, ani też francuskie bagietki. Za to Litwini wypiekają najwspanialszy na świecie razowiec. Jest on bardzo ciemny, ciężki, niezwykle aromatyczny i długo zachowuje świeżość. A gdy już sczerstwieje, świetnie nadaje się na podsmażane na oleju, przyprawione solą i czosnkiem grzanki. Naprawdę trudno o obcokrajowca, który by się z miejsca nie zakochał w litewskim, zwanym popularnie czarnym, chlebie. Sława tego razowca już dawno przekroczyła granice państwa. Nawet osoby, które przyjeżdżają tu po raz pierwszy, z reguły przywożą zamówienie na kilka bochenków, bo ktoś z ich bliskich czy znajomych kiedyś spróbował i nie może zapomnieć wspaniałego smaku litewskiego „czarnego”.

Natomiast tradycyjne litewskie potrawy ludowe nie zawsze wzbudzają zachwyt przybyszy z innych krajów. A należą do nich przede wszystkim tak zwane cepeliny, przez litewską komisję językową przemianowane niedawno na didżkukuliai” („duże klopsy”) i kiszka ziemniaczana. Cepeliny są to rzeczywiście duże klopsy robione z surowych tartych ziemniaków, nadziewane mięsem, gotowane w wodzie. Kiszka powstaje poprzez nadzianie tartymi ziemniakami i upieczenie w piekarniku wieprzowego jelita. Obie potrawy suto okrasza się smażonymi skwarkami. Pycha! Trzeba się tylko w tym rozsmakować.

Natomiast tradycyjną litewską wędliną jest skilandis – oczyszczony wieprzowy pęcherz nadziewany surowym grubo siekanym mięsem z przyprawami. Prawdziwy skilandis wędzi się przez kilka dni w zimnym olchowo-jałowcowym dymie. Tę akurat przekąskę przybywający na Litwę obcokrajowcy oceniają bardzo wysoko. Litwini są też mistrzami w produkcji białych suszonych lub wędzonych serów – z dodatkiem soli, czosnku, kminku, papryki i inych przypraw. Takie sery, podobnie jak grzanki z razowca, są pysznym dodatkiem do piwa, które zawsze uchodziło za litewski napój narodowy. Do dziś dnia w głębi Litwy po wsiach produkuje się piwo domowe – gęste, ciemnie, nieklarowne, słodkie i zwalające z nóg. Takiego piwa można się dziś napić w niektórych wileńskich pubach, ale trzeba uważać. Sami Litwini na temat tego „alus´a” (alus - po litewsku piwo) żartują, że jednego kufla z reguły jest za mało, a dwa to już za wiele, można się nie dźwignąć z barowego stołka. Litwa słynie też z produkcji przepysznych miodów pitnych – od najsłabszych 12-procentowych do 70-procentowego „Żalgirisu” („Grunwaldu”). Turyści z Polski z miodów tych najbardziej cenią sobie 50-procentowy „Suktinis”. Delektują się też pyszną ziołową nalewką „Trejos devynerios” („Trzy dziewiątki”).

Tytułem puenty – Litwa dla Polaka, być może, nie jest aż tak atrakcyjnym krajem jak państwa zachodnie, znamy jednak wielu takich, dla których niewinna wycieczka w te strony przekształciła się w wielkie przywiązanie i stałe powroty.