Artykuł z tygodnika „Nasza Gazezta" pt. „Hasło, które potrafiło zjednoczyć...", 20-26 sierpnia, redaktor Janina Lisiewicz

Hasło, które potrafiło zjednoczyć...

a bylo nim słowo: wilniuk. Zaznaczmy z akcentem na ostatniej sylabie. Impreza, zorganizowana w ramach projektu „Wilno - stolica kultury europejskiej", przez Instytut Wyższej Użyteczności Publicznej „Światowy Zjazd Wilniuków" dostał przydomek pierwszego", co daje nadzieję, że będą kolejne.

Ich potrzebę chyba odczuł każdy uczestnik Zjazdu. W sekretariacie jego „na żywo" zarejestrowało się ponad tysiąc uczestników. W imprezach bardziej kameralnych brało udział po kilkadziesiąt lub parę setek osób, zaś takie chwile jak Msza Św. odprawiona w Ostrej Bramie przez kardynała Henryka Gulbinowicza (oczywiście, wilniuka), koncerty na Placu Ratuszowym gwiazdy polskiej estrady istniejącej na firmamencie już od ponad 40 lat Maryli Rodowicz (oczywiście, osoby o korzeniach wileńskich), a także występy zespołów ludowych i solistów w ramach „Folk - jazz" ściągnęly tysięczne tłumy. Były wydarzeniem przykuwającym uwagę większości mieszkańców Wilna i jego gości. I chociaż Zjazd był pomyślany jako spotkanie na żywo wilniuków rozsianych po świecie, to jednak dał się odebrać jako prezentacja dorobku „wilniuków" zarówno sprzed lat jak i obecnego. Co też jest według mnie niezmiernie ważne. Bo warto czasami przystanąć i zastanowić nad tym, czy istniejemy jako zbiorowa społeczność, czy niesiemy jakieś wartości i dorobek wyrożniający nas i wplatający zarazem w mozaikę współczesnej Litwy. Wydaje się, że właśnie na to pytanie Światowy Zjazd Wilniukow dał odpowiedź. I jeszcze jedno, według mnie, a i bardzo wielu wilnian została dostrzeżona jeszcze jedna warta wymienienia rola, jaką spelnił Zjazd: po raz pierwszy w naszej współczesnej odredzoniowej historii (mówię to jako człowiek bardzo uważnie śledzący media na Litwie) informacja o polskiej imprezie była obecna w gazetach i nawet Państwowej Telewizji Litewskiej prawie codziennie i była to informacja nie tylko konstatująca fakty, ale też podawana życzliwie. Czy to sprawił fakt, że impreza odbywała się w ramach projektu „Wilno - europejską stolicą kultury", czy jakieś inne magiczne hasło tu zadziałało, ale nawet termin „wilniuk" nie doczekał się złośliwych komentarzy, w zasadzie nigdy nie omieszkających wyżyć się na polskim temacie dziennikarzy litewskich mediów. Może to sprawił akcent stawiany przez organizatorów, że do wilniuków mogą być zaliczani niekoniecznie Polacy. Nie bawmy się w zgadywankę, ale fakt pozostaje faktem, że przez te kilka dni mogliśmy się poczuć (Polacy wileńscy) obywatelami demokratycznego eurpejskiego kraju, który szczyci się nie unikatowością swego zaścianka, ale widzi i docenia skarb jaki posiada w spuściźnie dziejowej i ludziach niekoniecznie mających dominującą dziś w kraju narodowość.

Jak już powiedzieliśmy, te dni - to prezentacja dla Litwy i dla nas samych zarówno naszych korzeni na tej ziemi jak i dzisiejszego status quo. A te korzenie w twórczości i nauce sięgają czasów Sarbiewskiego, prowadzą nas losami Lelewela, Kraszewskiego, Mickiewicza, Słowackiego, Moniuszki, odrodzenia Uniwersytetu Wileńskiego w międzywojniu z całą plejadą współczesnych naukowców, których nazwiska tak wiele znaczyły nie tylko w Polsce, ale też swiecie. I zaraz dochodzimy do imion dziś nam współczesnych, którzy i w malarstwie, i w nauce, i w twórczości literackiej mają wiele do powiedzenia zarówno tu, na Litwie, jak i poza granicami. Zorganizowane wystawy oraz spotkania w tzw. „Salonie Wilniuka" na tematy nauki, literatury dały - prawda bardzo miniaturowy - ale wystarczająco informatywny obraz naszego bycia. I mimo to, że wystawa inaugurująca Zjazd pt. „Co kryły walizki „repatriantów" dobitnie nam pokazała, co straciliśmy w wyniku ewakuacji (właśnie tak nazywał te dwie obejmujące po kilka lat fale „oczyszczenia tych terenów od elementów polskiego, manifest wydany przez nowe władze) w swej większości Polaków - obywateli, ale też Żydów obywateli Rzeczypospolitej. Jeżeli „repatriacja " lat 45-47 zabierała tych, co mieli trudny wybór między Polską - ziemiami tzw. odzyskanymi a Syberią - zesłaniem; to druga fala w końcu lat 50. wypłukała z tych terenów tych, którzy sobie w latach „władzy radzieckiej" uświadomili, że chcą pracować i służyć dla swego kraju nie dzieląc go na Ojczyznę i Macierz. Wyjeżdżali, szczególnie ci pierwsi, z takim bólem w sercach, że bardzo często do dziś dnia nie chcieli i nadal nie chcą żadnych powrotów. Inni, przy każdej okazji śpieszyli na „randkę" z młodością, bo wiodła ich nostalgia do miejsc nieobecnych.

Ludzie wschodu, sentymentalne powroty do źródeł traktowali jako ucztę duchową. Jeszcze inni zaczynając od ponurych lat stalinowskich poprzez lata sześćdziesiąte i siedemdziesiąte, lata „Solidarności" i wreszcie odrodzenia mieli poczucie niespłaconego długu wobec tej ojczystej ziemi i tych, co pozostali tu na straży. Czego? Pamięci, grobów. Nie tylko. Pozostali na straży pojęcia, że Polak na Litwie - to nie tylko przeszłośc, ale też teraźniejszość. To oni przewozili książeczki do nabożeństwa, stroje krakowskie dla krewnych dzieci, płyty, książki, idee i materiały KORu; wspierali materialnie w latach kryzysu, ratowali nasze dzieci od wynarodowienia zapraszając na spotkanie z „prawdziwą Polską" i wciągali do tej działalności również nie wilniuków. Cześć im i chwała. Chociaż można też zrozumieć tych, dla których powroty do rodzinnego miasta stały się niemożliwe, bo ciągle w ich świadomości, nawet w dobie zniknięcia wszelkich granic jest żywa i szczelna granica między „wtedy" i „dziś". Nie potrafią, nie chcą jej przekroczyć. Mają na to prawo, bo zostali wypędzeni. Sa też na Wileńszczyźnie jak i w Macierzy ludzie, dla których pamięć historyczna, i prawda odkłamanych dziejów, i dzisiejszy stan posiadania Polaków, rodowitych wilniuków nie ma żadnego znaczenia i nie budzi sentymentów: już są dziećmi Europy. Jednak i oni przynajmniej przyszli na koncert Maryli Rodowicz. A jeżeli przyszli, to w tym chyba dziesięciotysięcznym tłumie musieli poczuć dumę, że są wilniukami, tak jak ona. Może parę słów z jej piosenek zapadnie im w serca i powtórzą chociaz jeden raz za Marylą, że „ja to mam szczęście", bo mam swoją ojczyznę, swoje miejsce na ziemi, niekoniecznie dające się zakreślić oficjalnymi granicami i definicjami państwa, ale takie, gdzie jestem u siebie i wespół z innymi wilniukami tworzę tę diasporę, która i dziś, i w najbliższej przyszłości będzie miała co współobywatelom zaprezentować. I poczuje dumę, że jest wilniukiem. Polakiem z Wileńszczyzny. I to będzie jedna z wartości bardzo cennych tego Zjazdu. Pierwszego, ale miejmy nadzieję, nie ostatniego.

 

Fot. Jerzy Karpowicz